Jestem pod wrażeniem tego, jak szybko udało mi się skończyć ten rozdział! Wena się mnie trzymała zaskakująco często. Nie wiem, czy szybkość nie odbiła się na jakości, bo osobiście mam wrażenie, że jest w tym rozdziale kilka niedociągnięć, zwłaszcza, że w sumie praktycznie rzecz biorąc w ostatnim momencie postanowiłam dodać jeden wątek, trochę pokrzyżuje mi to plany odnośnie tych wstępniaków z przeszłości Cecilly, ale jakoś to nadrobię ;)
Chciałam dedykować ten rozdział tym, którzy nadal ze mną są, jesteście wielcy, wszyscy (bez względu na to, czy wiem o waszym istnieniu, czy nie, chociaż mam wrażenie, że łudzenie się, że są jeszcze tacy, którzy się po prostu nie odzywają, jest dość naiwne)!
Pozostaje mi życzyć przyjemnej lektury. Prawdopodobnie roi się od błędów, raczej nie sprawdzałam, za mało mam cierpliwości - skończyłam pisać może trzy minuty temu ;)
Enjoy!
rozdział
drugi
przypadki i zbiegi okoliczności w życiu
zawodowym Cecilly McDolle
nie
wygraliśmy rozgrywek. Puchar wymsknął się nam z rąk – znów wygrali Gryfoni. W
finałowym meczu byłam faulowana przez jednego z nadpobudliwych pałkarzy z
Gryffindoru – pałką złamał mi dwa żebra i strącił z miotły – spadłam na ziemię
z takiej wysokości, że następnym, co pamiętałam, była już pielęgniarka
obmacująca moje kończyny, sprawdzając, czy mam jakieś inne złamania. Pozbawiono
nas tym samym szansy na zwycięstwo. Co prawda Boorth został zdyskwalifikowany i
jego drużyna grała w osłabieniu, ale nie mieliśmy bramkarza na zmianę i Chelsea
Holland, niezła jako szukająca, nie dała sobie rady na mojej pozycji.
Gdy
leżałam w Skrzydle Szpitalnym, składana do kupy przez zaaferowaną i złorzeczącą
pielęgniarkę („Tego sportu powinni zabronić, po każdym meczu muszę kogoś
bandażować, już a porozmawiam sobie o tym z dyrektorem!”), odwiedził mnie nie
kto inny, tylko Syriusz Black we własnej osobie.
Było
już późno i pielęgniarka zdawała się nie wiedzieć o jego obecności w skrzydle.
Właściwie chyba było dawno po ciszy nocnej – nie dałabym głowy, bo wcześniej
spałam. To właśnie on mnie obudził. Chyba nie miał takiego zamiaru, bo gdy
uniosłam ciążące powieki, miał dziwny wyraz twarzy – coś pomiędzy niechęcią i
zdezorientowaniem. Szybko jednak odzyskał rezon i przybrał wyraz dla niego
bardzo charakterystyczny – coś w rodzaju dobrotliwej kpiny.
Uśmiechnął
się półgębkiem.
–
Widzę, że jednak żyjesz – szepnął, najwyraźniej nie chcąc sprowadzić na siebie
gniewu pani Reathley. – Niepotrzebnie dyskwalifikowali Boortha, co innego,
gdyby ci się umarło.
Jego
uśmiech nieco przygasł, kiedy patrzył na moją niezmiennie wyrażającą
niewzruszenie twarz.
–
Żart – wyjaśnił usłużnie. – Jako delegacja z Gryffindoru pragnę cię oficjalnie
przeprosić. Zlaliśmy Boortha po powrocie do szatni.
Pokiwałam
głową, nic nie mówiąc. Black położył na mojej szafce nocnej paczkę i wyszedł,
już nic więcej nie mówiąc.
Tym,
co od niego dostałam, były zawinięte w szary papier, jeszcze ciepłe ciasteczka
czekoladowe z kawałkami orzechów – najlepsze, jakie można sobie wyobrazić. A
tuż po moim wyjściu ze Skrzydła Szpitalnego podeszła do mnie Rachel Figgs,
obrońca Gryfonów.
–
Cecilly, zostałam oddelegowana by oficjalnie przeprosić cię za zachowanie
Boortha podczas meczu. Syriusz zlał go po powrocie do szatni.
*
weź
się wreszcie w garść, Cecilly Haley!
Wal się, pomyślałam. Nie powiedziałam
tego głośno tylko dlatego, że nie chciało mi się słuchać pouczającej mnie
matki, jakby dało się jeszcze wychować człowieka w wieku dwudziestu jeden lat. Trzeba było się tym zająć wcześniej, twoja
strata.
Poprzedniego
dnia bardzo mamie podpadłam. Powinna zrozumieć, że zapraszanie bez zapowiedzi
mugolskich mężczyzn do mojego prywatnego mieszkania, w dodatku w soboty, mijało
się znacznie z moimi pragnieniami. A już zwłaszcza zważywszy na cel tych
niezapowiedzianych odwiedzin.
Bezpośrednim
celem było zapoznanie mnie z rzeczonym mężczyzną. Był to, jak się dowiedziałam
– wyciągając się wygodnie w swoim fotelu, z nogami odzianymi w pluszowe
kurczaki krzyżowanymi na ławie, tuż przed ich twarzami – Keith Gallagher. Z
pochodzenia był Amerykanem, ale uczęszczał do prywatnej, renomowanej szkoły z
internatem pod Londynem. Skończył Oksford, potem przed dwa lata podróżował
między kontynentami, aż w końcu zatrudnił się w ambasadzie amerykańskiej. Wiek:
dwadzieścia siedem lat. Wspólne tematy do rozmów: bliskie zeru. Aczkolwiek jego
towarzystwo było całkiem znośne; wcale nie był zniesmaczony tym, jak odnoszę
się do swojej matki, wydawał się być wręcz rozbawiony moim ostentacyjnym sprzeciwem
dla jej działań. Mogłabym go nawet polubić.
Gdyby
nie pośredni cel działań mojej matki. Kiedy bowiem Keith wyszedł, powiedziała
mi bez ogródek i owijania w bawełnę, że chciałaby, żebym została panią
Gallagher. Gdy to usłyszałam, oplułam się lepką od miodu herbatą, która poszła
mi nosem i zachlapała przednią część koszulki z logiem Goblinów z Grodziska.
Kaszlałam przeszło pięć minut, a matka patrzyła na to ze spokojem, czekając, aż
się uspokoję, zamiast jak każdy normalny człowiek poklepać z przejęciem po
plecach (pal sześć, że to klepanie ani trochę nie było pomocne).
–
Że co? – wychrypiałam wtedy, kiedy tylko poczułam się na siłach, by mówić. Łzy
stanęły mi w oczach i sama już nie wiedziałam, czy to łzy złości lub
zrezygnowania, czy pozostawały one kwestią niechcianych płynów w niechcianych
zakamarkach.
–
To, co słyszałaś, dziecko. Nie mam zamiaru czekać, aż zgnijesz w tym swoim
zarośniętym brudem mieszkaniu, użalając się nad sobą. Nie będę patrzeć na to,
jak moje jedyne dziecko zaprzepaszcza swoje życie. Chciałabym, żeby ktoś się
mną zajął, kiedy już będę niedomagać! – I to tyle, jeśli chodzi o matczyną
miłość i zmartwienie moim losem.
– A jak ty to w ogóle widzisz, co?
Przecież taki kolo nie zakocha się we mnie nagle do szaleństwa, żeby od razu
prosić o rękę – powiedziałam z powątpiewaniem.
– Mało kreatywna jesteś, dziecko.
Przecież jest tyle sposobów, w co drugiej aptece na Pokątnej można przecież
kupić eliksir miłosny! – Po tym, jak wypowiedziała tę kwestię, żachnęłam się
tylko i biorąc ze sobą po drodze opakowanie chusteczek, odmaszerowałam do
pokoju i zamknęłam się na klucz, pozostawiając ją samą sobie na środku mojej
kuchni.
Tym
razem, słuchając tego ponownie, miałam ochotę zrobić to samo, nie zważając na
to, ile czasu będę później wysłuchiwać kazań o moim nieodpowiednim zachowaniu.
Miałam tego dosyć. Złapałam się za głowę, unosząc twarz ku niebu i starałam się
oddychać głęboko, gasząc emocje. Za co?
Co takiego ci uczyniłam, świecie?
–
Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – To chyba kwestia rodzinnej, zepsutej krwi, że
matka nie chciała dać za wygraną.
–
Nie – odparłam płaczliwie.
Odkąd
pamiętam, matka była taka sama, surowa jak świeżo ciosane drewno; może i ruchy
cieśli były precyzyjne, może wytwór jego rąk był kształtny, dokładny,
estetyczny – wciąż jednak pozostawał surowym drewnem, które nie miało w sobie,
zdawałoby się, żadnego ciepła. Tak odbierałam Benedictę McDolle. Nigdy nie była
przykładną rodzicielką. Nie była tego rodzaju opiekuńczą mamą, która całowała
skaleczone miejsce, krzątała się rankiem w kuchni, wypytywała o sprawy sercowe
czy marzenia dziecka; nigdy nie dokładała drew do rodzinnego ogniska. W końcu w
palenisku pozostały już tylko sczerniałe od płomieni drwa, z żarem gorejącym
bardzo głęboko pod warstwą popiołu.
Kiedy
byłam mała, bolał mnie jej brak zainteresowania moim człowieczeństwem, duchową
stroną mnie, tą ważniejszą i przeznaczoną dla bliskich. Byłam jej obowiązkiem,
niczym więcej – tak to sobie tłumaczyłam. Dorastając, nauczyłam się jej
wybaczać. A przynajmniej rozumieć, że nie była to jej wina. Śmierć mojego ojca
w znacznym stopniu ukształtowała to, jakim była człowiekiem. Przestałam więc
zazdrościć naznaczonych emocjami spojrzeń rzucanych na jego zdjęcia, na
rodzinne pamiątki i na te nieliczne rzeczy, które mamę wzruszały, jak wrzosy –
z niewiadomych przyczyn doszczętnie ją rozstrajające – albo stare zegary.
Niemniej
jednak nigdy nie nauczyłam się, jak pozbyć się żalu i przestać przybierać przy
niej specjalnie zarezerwowaną pozę buntu i sprzeciwu. Nie nauczyłam się szukać
konsensusu, próbować zadowolić ją w jakikolwiek sposób. Zresztą sama nigdy nie
uczyła mnie czegoś takiego.
–
Nie mam zamiaru tolerować dłużej twojego nieróbstwa – kontynuowała matka, nie
zważając na moje spojrzenie, ton, którym odpowiedziałam na jej pytanie, na
cokolwiek właściwie; jak zwykle. – Zrób coś ze sobą wreszcie, bo nie mogę na
ciebie patrzeć.
Wypowiedziane
z obojętnością słowa, tylko słowa, a jednak z ogromną siłą. Byłam
przyzwyczajona do takich zwrotów i naszych stosunków, ale wtedy krew odpłynęła
mi z twarzy, a palce samowolnie zacisnęły się na powietrzu, które ze świstem
przedarło się przez moje gardło do płuc, gdy brałam oddech, by z kamienną
twarzą rzucić krótkie słowa pożegnanie i bez ceregieli czy też jakiegokolwiek
ostrzeżenia zaprowadzić matkę w stronę drzwi, kolejny już raz w ostatnim czasie
zatrzaskując je jej przed nosem.
po
weekendowych utarczkach nie miałam wielkiej ochoty ruszać się w poniedziałek z
domu. Zwleczenie się z łóżka zajęło mi dużo więcej czasu, niż zazwyczaj,
chociaż wcale nie spałam, przez całą noc przerzucając się z boku na bok.
Mięśnie odmawiały jednak posłuszeństwa, przed oczami migotały mi kolorowe
powidoki, a gdy tylko próbowałam podnieść się do siadu, zastępowały je mroczki.
Nie
pamiętam, jak w końcu udało mi się stanąć na nogach i przemieścić się do
kuchni, by wpoić w siebie dużą ilość kawy, wystarczającą, by dowlec się do
pracy. Udało mi się nawet wziąć prysznic, znaleźć różdżkę i ubrać się
stosunkowo schludnie (czego, na nieszczęście, wymagano ode mnie na co dzień;
koszulki z zespołami, podziurawione dżinsy i trampki niestety odpadały).
Obrzuciwszy pobieżnym spojrzeniem lodówkę, zrezygnowałam ze śniadania –
ściśnięty żołądek pewnie i tak wyplułby wszystko, czym próbowałabym go uraczyć
– i deportowałam się, by znaleźć się w holu redakcji Czarownicy.
Pracę
w piśmie załatwiła mi Clarity, kiedy już ostatecznie rzuciłam quidditch. Udało
mi się zdobyć posadę dziennikarki sportowej. Nie lubiłam tej fuchy. Żywiłam
niechęć właściwie do wszystkiego, co wiązało się z lataniem na miotle, w
dodatku – co było najgorsze – musiałam chodzić na mecze. Była to jednak jedyna
dziedzina magii, na której znałam się naprawdę dobrze i nic innego mi nie
zostawało. Jedynym plusem mojej sytuacji było to, że dodatek sportowy był
dodawany tylko do co czwartego numeru pisma i prawie nigdy nie wisiały nade mną
żadne terminy (właściwie nie miałam pojęcia, dlaczego nasz dział jeszcze
funkcjonował, bo miał zachęcać mężów czytelniczek do kupowania im gazety, ale
był przecież Niedzielny Znicz albo Świstoklik do świata sportu, znacznie
lepsze dla kogoś, kto interesował się quidditchem).
Redakcja
mieściła się w gmachu w centrum Londynu, z zewnątrz wydającym się być dla
mugoli pracującą pełną parą manufakturą, pnącą się w górę niczym winorośl; mieściła
się na trzech piętrach, resztę ze wszystkich siedmiu zajmowało Angielskie
Towarzystwo Quidditcha i magiczne studio nagraniowe, które wyparło nas z
czwartego piętra całkiem niedawno, przez co dział sportowy przeniósł swoją
siedzibę na samą górę. Aportowałam się przy bramkach dla pracowników; nie wiem,
dlaczego nazywaliśmy to bramkami, bo wcale tego nie przypominały, ale takie
określenie funkcjonowało, zanim jeszcze zaczęłam pracować w Czarownicy. W
istocie bramkami był krótki rząd ciężkich, mosiężnych stojaków zakończonych
czymś w rodzaju pulpitu.
Podeszłam
do jednej z bramek i wyciągnęłam różdżkę. Jej końcówką stuknęłam w owy pulpit,
by po chwili uniósł się z niego kłębek dymu układający się w wizerunek
sympatycznie wyglądającej pani w średnim wieku, w okularach i gładko
zaczesanych do tyłu włosach.
–
Kogo niesie? – wydała z siebie cichy,
ale skrzekliwy głos, burząc pierwsze pozytywne wrażenie. Skrzywiłam się lekko;
co rano musiałam przechodzić przez ten rytuał.
–
McDolle, dział sportowy – odrzekłam, splatając ręce na piersi. Kobieta uniosła
kłębek dymu będący brwiami i spojrzała na mnie sponad swoich okularów.
–
No wiem przecież. Nikt inny się tak nie
spóźnia. – Dezaprobata odmalowała się na jej twarzy, a może mi się tylko
przywidziało? Trudno było powiedzieć, gdy rozmawiało się z obłokiem pary.
Posłałam jej jednak przepraszające spojrzenie.
–
No cóż. Kajam się.
–
Wszyscy tu tak ciężko pracują, a ty nic
sobie z tego nie robisz…! Dobra, idź już, ale żeby to był ostatni raz!
Postać
zamigotała na fioletowo, a potem wchłonął ją pulpit. Za bramką z cichym
kliknięciem otworzyło się przejście.
Szybkim
krokiem przemierzyłam korytarz dzielący mnie ze staromodną windą oplecioną
schodami, obsługującą tylko nasze piętra. Przypominała tę znajdującą się w
Ministerstwie Magii, była jednak znacznie ciaśniejsza; tak samo jak tam
przestrzeń nad głowami wypełniały jednak zaczarowane samolociki z papieru. O
tej godzinie kłębiło się ich tylko kilka, obijając się od ścian i furkocząc
cicho. Przycisnęłam guzik i poczekałam, aż drzwi zamkną się z przejmującym
zgrzytem, a windę wypełnią dźwięki pseudo relaksacyjnej muzyki sądzącej się z
niewidzialnego gramofonu.
Gdy
ponownie rozległ się zgrzyt i winda wypluła mnie na siódmym piętrze, szybko
przemierzyłam korytarz, witając się po drodze z redaktorką z sąsiadującego z naszym
działu urody. Pchnęłam drzwi do pokoju, w którym pracowałam; był on ciasny i
cztery mahoniowe biurka wypełniały jego przestrzeń niemal w całości, w taki
sposób, że trudno było się nawet między nimi przecisnąć. Wszystkie były już
zajęte.
–
McDolle, stara leserko, jednak jesteś – rzuciła beznamiętnie Hilda Bradshaw,
nie podnosząc nawet głowy w moją stronę, wystukując coś na brzęczącej i
skowyczącej, ciężkiej maszynie do pisania. Była to starsza ode mnie o zaledwie
osiem lat wdowa, której mąż zajmował niegdyś zbyt wysokie i odpowiedzialne
stanowisko w Ministerstwie, by przeżyć spokojnie wojnę. Z tego, co powiedziała
mi Clarity (wiedząca wszystko o wszystkich pracownikach redakcji), był on
torturowany na jej oczach. Tylko dlatego nigdy nie dawałam jej popalić, kiedy
była dla mnie niemiła. Była chuda jak szczapa i zupełnie pozbawiona gustu, a
jej i tak naturalnie wielkie oczy dominowały na twarzy jeszcze bardziej,
powiększone przez okulary grubości den od butelek w bardzo nietwarzowych,
grubych brązowych oprawach. Była naszą korektorką.
–
Przecież kocham atmosferę tej pracy – rzuciłam, starając nie brzmieć
ironicznie. – Jak mogłabym nie przyjść?
Nie
zdążyłam jeszcze nawet dotknąć swojego biurka, przepychając się za siedzeniem Ernesta
Wagleya, kiedy zatrzymał mnie Henry Pearce.
–
Czekaj no, Cecilly, dzisiaj masz misję w terenie – powiedział ze swojego
stanowiska. Zaraz po tym rzucił we mnie identyfikatorem dla prasy, nie chcąc
wciskać się za Hildę (zresztą ze swoim brzuszkiem piwosza nie miał szans się
zmieścić, niby dlaczego był codziennie jako pierwszy w naszym biurze?).
Złapałam go w locie i spojrzałam na niego błagalnie.
–
Wyślij Erniego! – spróbowałam. Wagley, zdezorientowany, podniósł głowę, ale z
racji tego, że stałam za nim i nie mógł mnie zobaczyć, zrezygnował z prób
zorientowania się o co chodzi. Może nawet uznał, że tylko mu się wydawało, że
już jestem w pracy. Taki już był Ernie.
I
z racji tego faktu już zanim zobaczyłam minę Henry’ego, wiedziałam, że nici z
moich prób. Wagley nie nadawał się zupełnie na pracę w terenie, a Pearce pewnie
miał zbyt dużo roboty papierkowej, żeby iść samemu, tak jak zawsze, gdy był
zmuszony wysyłać mnie.
Dobrze
wiedział, że wróciłam na boisko quidditcha, chociażby w charakterze widza,
tylko i wyłącznie z konieczności. Rozumiał to, a jednak w takich sytuacjach nie
dało się go przebłagać. Westchnęłam z rezygnacją.
–
Eskorta czeka na ciebie w recepcji, na samym dole. Poznasz się, który to –
dodał.
Czasy
nie były bezpieczne i z racji tego przy każdym takim wyjściu towarzyszył nam auror
do ochrony. Nigdy nie słyszałam o czymś głupszym – chyba mieli wystarczająca
dużo do roboty z łapaniem śmierciożerców. No dobrze, i tak zawsze na meczach
się od nich roiło, bo ataki podczas nich zdarzały się dosyć często, bez ich
obecności zapewne nikt nie odważyłby się wejść na boisko, a odwołanie rozgrywek
byłoby ostatecznym dowodem na to, że Ministerstwo sobie nie radzi, na co nie
mogło pozwolić. Mimo wszystko wolałam iść bez ochroniarza – nigdy nie ułatwiał mi
napisania dobrego artykułu i walki z samą sobą, by pozostać na trybunach do
końca meczu.
Kiwnęłam
głową i z kolejnym przeciągłym westchnieniem wyszłam z pokoju. Znów przemierzyłam
drogę do bramek, później do ogólnodostępnej windy. Obiecałam sobie, że zmienię
pracę. To kosztowało mnie zbyt wiele nerwów.
Gdy
wreszcie wysiadłam na parterze, witając się ze spieszącą się Denise O’Fineley,
podwładną Clarity, rozejrzałam się po rozległym holu, szukając wzrokiem mojej
eskorty. Podobno miał się rzucać w oczy; właściwie aurorzy prawie zawsze
rzucali się w oczy, wyglądali prawie tak samo, a przynajmniej zawsze mieli taki
sam wyraz twarzy – zdeterminowany, skupiony i w większości przypadków też pewny
siebie.
W
końcu natrafiłam twarz wyrażającą dokładnie te rzeczy. I wcale się z tego nie
ucieszyłam. Była zbyt znajoma.
Jeszcze
mnie nie dostrzegł, a mi wcale się nie spieszyło w jego stronę. Szłam powoli,
przyglądając mu się z daleka. Zmienił się bardzo, odkąd widzieliśmy się
ostatnim razem.
Był
nieogolony i wyraźnie zmęczony, cienie rysowały się pod jego oczami, jakby nie
spał kilka nocy z rzędu. Wydawał się jednak starać nie okazywać zmęczenia czy
też słabości. Stał jak zwykle wyprostowany, pełen elegancji, chociaż do
wypucowanych arystokratów było mu w tym momencie dalej niż kiedykolwiek.
W
końcu mnie dostrzegł, kiedy znajdowałam się w połowie drogi w jego stronę.
Mogłabym przysiąc, że uśmiechnął się lekko na mój widok, ale może to było tylko
złudzenie, napędzane moją chorą podświadomością, podekscytowaną tym
niespodziewanym spotkaniem.
–
Kopę lat – przywitał mnie, pokonując dzielące nas kilka kroków, umieszczając
ręce w kieszeniach skórzanej kurtki, bliźniaczo podobnej do mojej własnej. Nie
powstrzymałam lekkiego uśmiechu na jej widok.
–
Tak – rzuciłam, nie wiedząc właściwie, co mogłabym powiedzieć. Nie
potraktowałam go zbyt przyjemnie przy naszym ostatnim spotkaniu. – Kopę lat.
Przez
chwilę – trochę dłuższą, niż powinna być – po prostu się sobie przyglądaliśmy,
jak zwykłą dwójka ludzi, która nie widziała się bardzo długo i zmieniła
znacząco od tego czasu. Nic nie kryło się za tymi oględzinami. Zwykłą
ciekawość. A jednak trwały trochę za długo.
–
Za trzy minuty mamy świstoklik – powiedział w końcu. Zdążyłam dojść do wniosku,
że z bliska wygląda na jeszcze bardziej wyczerpanego.
Biorąc
pod uwagę ostatnie plotki o Potterach, nie było to niczym dziwnym. Ale jednak
nie spodziewałam się ujrzeć Syriusza Blacka w takim stanie.
Tak
podobnym do mojego.