niedziela, 20 stycznia 2013

drugi


Jestem pod wrażeniem tego, jak szybko udało mi się skończyć ten rozdział! Wena się mnie trzymała zaskakująco często. Nie wiem, czy szybkość nie odbiła się na jakości, bo osobiście mam wrażenie, że jest w tym rozdziale kilka niedociągnięć, zwłaszcza, że w sumie praktycznie rzecz biorąc w ostatnim momencie postanowiłam dodać jeden wątek, trochę pokrzyżuje mi to plany odnośnie tych wstępniaków z przeszłości Cecilly, ale jakoś to nadrobię ;)
Chciałam dedykować ten rozdział tym, którzy nadal ze mną są, jesteście wielcy, wszyscy (bez względu na to, czy wiem o waszym istnieniu, czy nie, chociaż mam wrażenie, że łudzenie się, że są jeszcze tacy, którzy się po prostu nie odzywają, jest dość naiwne)!
Pozostaje mi życzyć przyjemnej lektury. Prawdopodobnie roi się od błędów, raczej nie sprawdzałam, za mało mam cierpliwości - skończyłam pisać może trzy minuty temu ;)
Enjoy!
rozdział drugi
przypadki i zbiegi okoliczności w życiu zawodowym Cecilly McDolle
nie wygraliśmy rozgrywek. Puchar wymsknął się nam z rąk – znów wygrali Gryfoni. W finałowym meczu byłam faulowana przez jednego z nadpobudliwych pałkarzy z Gryffindoru – pałką złamał mi dwa żebra i strącił z miotły – spadłam na ziemię z takiej wysokości, że następnym, co pamiętałam, była już pielęgniarka obmacująca moje kończyny, sprawdzając, czy mam jakieś inne złamania. Pozbawiono nas tym samym szansy na zwycięstwo. Co prawda Boorth został zdyskwalifikowany i jego drużyna grała w osłabieniu, ale nie mieliśmy bramkarza na zmianę i Chelsea Holland, niezła jako szukająca, nie dała sobie rady na mojej pozycji.
            Gdy leżałam w Skrzydle Szpitalnym, składana do kupy przez zaaferowaną i złorzeczącą pielęgniarkę („Tego sportu powinni zabronić, po każdym meczu muszę kogoś bandażować, już a porozmawiam sobie o tym z dyrektorem!”), odwiedził mnie nie kto inny, tylko Syriusz Black we własnej osobie.
            Było już późno i pielęgniarka zdawała się nie wiedzieć o jego obecności w skrzydle. Właściwie chyba było dawno po ciszy nocnej – nie dałabym głowy, bo wcześniej spałam. To właśnie on mnie obudził. Chyba nie miał takiego zamiaru, bo gdy uniosłam ciążące powieki, miał dziwny wyraz twarzy – coś pomiędzy niechęcią i zdezorientowaniem. Szybko jednak odzyskał rezon i przybrał wyraz dla niego bardzo charakterystyczny – coś w rodzaju dobrotliwej kpiny.
            Uśmiechnął się półgębkiem.
            – Widzę, że jednak żyjesz – szepnął, najwyraźniej nie chcąc sprowadzić na siebie gniewu pani Reathley. – Niepotrzebnie dyskwalifikowali Boortha, co innego, gdyby ci się umarło.
            Jego uśmiech nieco przygasł, kiedy patrzył na moją niezmiennie wyrażającą niewzruszenie twarz.
            – Żart – wyjaśnił usłużnie. – Jako delegacja z Gryffindoru pragnę cię oficjalnie przeprosić. Zlaliśmy Boortha po powrocie do szatni.
            Pokiwałam głową, nic nie mówiąc. Black położył na mojej szafce nocnej paczkę i wyszedł, już nic więcej nie mówiąc.
            Tym, co od niego dostałam, były zawinięte w szary papier, jeszcze ciepłe ciasteczka czekoladowe z kawałkami orzechów – najlepsze, jakie można sobie wyobrazić. A tuż po moim wyjściu ze Skrzydła Szpitalnego podeszła do mnie Rachel Figgs, obrońca Gryfonów.
            – Cecilly, zostałam oddelegowana by oficjalnie przeprosić cię za zachowanie Boortha podczas meczu. Syriusz zlał go po powrocie do szatni.


*
weź się wreszcie w garść, Cecilly Haley!
            Wal się, pomyślałam. Nie powiedziałam tego głośno tylko dlatego, że nie chciało mi się słuchać pouczającej mnie matki, jakby dało się jeszcze wychować człowieka w wieku dwudziestu jeden lat. Trzeba było się tym zająć wcześniej, twoja strata.
            Poprzedniego dnia bardzo mamie podpadłam. Powinna zrozumieć, że zapraszanie bez zapowiedzi mugolskich mężczyzn do mojego prywatnego mieszkania, w dodatku w soboty, mijało się znacznie z moimi pragnieniami. A już zwłaszcza zważywszy na cel tych niezapowiedzianych odwiedzin.
            Bezpośrednim celem było zapoznanie mnie z rzeczonym mężczyzną. Był to, jak się dowiedziałam – wyciągając się wygodnie w swoim fotelu, z nogami odzianymi w pluszowe kurczaki krzyżowanymi na ławie, tuż przed ich twarzami – Keith Gallagher. Z pochodzenia był Amerykanem, ale uczęszczał do prywatnej, renomowanej szkoły z internatem pod Londynem. Skończył Oksford, potem przed dwa lata podróżował między kontynentami, aż w końcu zatrudnił się w ambasadzie amerykańskiej. Wiek: dwadzieścia siedem lat. Wspólne tematy do rozmów: bliskie zeru. Aczkolwiek jego towarzystwo było całkiem znośne; wcale nie był zniesmaczony tym, jak odnoszę się do swojej matki, wydawał się być wręcz rozbawiony moim ostentacyjnym sprzeciwem dla jej działań. Mogłabym go nawet polubić.
            Gdyby nie pośredni cel działań mojej matki. Kiedy bowiem Keith wyszedł, powiedziała mi bez ogródek i owijania w bawełnę, że chciałaby, żebym została panią Gallagher. Gdy to usłyszałam, oplułam się lepką od miodu herbatą, która poszła mi nosem i zachlapała przednią część koszulki z logiem Goblinów z Grodziska. Kaszlałam przeszło pięć minut, a matka patrzyła na to ze spokojem, czekając, aż się uspokoję, zamiast jak każdy normalny człowiek poklepać z przejęciem po plecach (pal sześć, że to klepanie ani trochę nie było pomocne).
            – Że co? – wychrypiałam wtedy, kiedy tylko poczułam się na siłach, by mówić. Łzy stanęły mi w oczach i sama już nie wiedziałam, czy to łzy złości lub zrezygnowania, czy pozostawały one kwestią niechcianych płynów w niechcianych zakamarkach.
            – To, co słyszałaś, dziecko. Nie mam zamiaru czekać, aż zgnijesz w tym swoim zarośniętym brudem mieszkaniu, użalając się nad sobą. Nie będę patrzeć na to, jak moje jedyne dziecko zaprzepaszcza swoje życie. Chciałabym, żeby ktoś się mną zajął, kiedy już będę niedomagać! – I to tyle, jeśli chodzi o matczyną miłość i zmartwienie moim losem.
            – A jak ty to w ogóle widzisz, co? Przecież taki kolo nie zakocha się we mnie nagle do szaleństwa, żeby od razu prosić o rękę – powiedziałam z powątpiewaniem.
            – Mało kreatywna jesteś, dziecko. Przecież jest tyle sposobów, w co drugiej aptece na Pokątnej można przecież kupić eliksir miłosny! – Po tym, jak wypowiedziała tę kwestię, żachnęłam się tylko i biorąc ze sobą po drodze opakowanie chusteczek, odmaszerowałam do pokoju i zamknęłam się na klucz, pozostawiając ją samą sobie na środku mojej kuchni.
            Tym razem, słuchając tego ponownie, miałam ochotę zrobić to samo, nie zważając na to, ile czasu będę później wysłuchiwać kazań o moim nieodpowiednim zachowaniu. Miałam tego dosyć. Złapałam się za głowę, unosząc twarz ku niebu i starałam się oddychać głęboko, gasząc emocje. Za co? Co takiego ci uczyniłam, świecie?
            – Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – To chyba kwestia rodzinnej, zepsutej krwi, że matka nie chciała dać za wygraną.
            – Nie – odparłam płaczliwie.
            Odkąd pamiętam, matka była taka sama, surowa jak świeżo ciosane drewno; może i ruchy cieśli były precyzyjne, może wytwór jego rąk był kształtny, dokładny, estetyczny – wciąż jednak pozostawał surowym drewnem, które nie miało w sobie, zdawałoby się, żadnego ciepła. Tak odbierałam Benedictę McDolle. Nigdy nie była przykładną rodzicielką. Nie była tego rodzaju opiekuńczą mamą, która całowała skaleczone miejsce, krzątała się rankiem w kuchni, wypytywała o sprawy sercowe czy marzenia dziecka; nigdy nie dokładała drew do rodzinnego ogniska. W końcu w palenisku pozostały już tylko sczerniałe od płomieni drwa, z żarem gorejącym bardzo głęboko pod warstwą popiołu.
            Kiedy byłam mała, bolał mnie jej brak zainteresowania moim człowieczeństwem, duchową stroną mnie, tą ważniejszą i przeznaczoną dla bliskich. Byłam jej obowiązkiem, niczym więcej – tak to sobie tłumaczyłam. Dorastając, nauczyłam się jej wybaczać. A przynajmniej rozumieć, że nie była to jej wina. Śmierć mojego ojca w znacznym stopniu ukształtowała to, jakim była człowiekiem. Przestałam więc zazdrościć naznaczonych emocjami spojrzeń rzucanych na jego zdjęcia, na rodzinne pamiątki i na te nieliczne rzeczy, które mamę wzruszały, jak wrzosy – z niewiadomych przyczyn doszczętnie ją rozstrajające – albo stare zegary.
            Niemniej jednak nigdy nie nauczyłam się, jak pozbyć się żalu i przestać przybierać przy niej specjalnie zarezerwowaną pozę buntu i sprzeciwu. Nie nauczyłam się szukać konsensusu, próbować zadowolić ją w jakikolwiek sposób. Zresztą sama nigdy nie uczyła mnie czegoś takiego.
            – Nie mam zamiaru tolerować dłużej twojego nieróbstwa – kontynuowała matka, nie zważając na moje spojrzenie, ton, którym odpowiedziałam na jej pytanie, na cokolwiek właściwie; jak zwykle. – Zrób coś ze sobą wreszcie, bo nie mogę na ciebie patrzeć.
            Wypowiedziane z obojętnością słowa, tylko słowa, a jednak z ogromną siłą. Byłam przyzwyczajona do takich zwrotów i naszych stosunków, ale wtedy krew odpłynęła mi z twarzy, a palce samowolnie zacisnęły się na powietrzu, które ze świstem przedarło się przez moje gardło do płuc, gdy brałam oddech, by z kamienną twarzą rzucić krótkie słowa pożegnanie i bez ceregieli czy też jakiegokolwiek ostrzeżenia zaprowadzić matkę w stronę drzwi, kolejny już raz w ostatnim czasie zatrzaskując je jej przed nosem.

po weekendowych utarczkach nie miałam wielkiej ochoty ruszać się w poniedziałek z domu. Zwleczenie się z łóżka zajęło mi dużo więcej czasu, niż zazwyczaj, chociaż wcale nie spałam, przez całą noc przerzucając się z boku na bok. Mięśnie odmawiały jednak posłuszeństwa, przed oczami migotały mi kolorowe powidoki, a gdy tylko próbowałam podnieść się do siadu, zastępowały je mroczki.
            Nie pamiętam, jak w końcu udało mi się stanąć na nogach i przemieścić się do kuchni, by wpoić w siebie dużą ilość kawy, wystarczającą, by dowlec się do pracy. Udało mi się nawet wziąć prysznic, znaleźć różdżkę i ubrać się stosunkowo schludnie (czego, na nieszczęście, wymagano ode mnie na co dzień; koszulki z zespołami, podziurawione dżinsy i trampki niestety odpadały). Obrzuciwszy pobieżnym spojrzeniem lodówkę, zrezygnowałam ze śniadania – ściśnięty żołądek pewnie i tak wyplułby wszystko, czym próbowałabym go uraczyć – i deportowałam się, by znaleźć się w holu redakcji Czarownicy.
            Pracę w piśmie załatwiła mi Clarity, kiedy już ostatecznie rzuciłam quidditch. Udało mi się zdobyć posadę dziennikarki sportowej. Nie lubiłam tej fuchy. Żywiłam niechęć właściwie do wszystkiego, co wiązało się z lataniem na miotle, w dodatku – co było najgorsze – musiałam chodzić na mecze. Była to jednak jedyna dziedzina magii, na której znałam się naprawdę dobrze i nic innego mi nie zostawało. Jedynym plusem mojej sytuacji było to, że dodatek sportowy był dodawany tylko do co czwartego numeru pisma i prawie nigdy nie wisiały nade mną żadne terminy (właściwie nie miałam pojęcia, dlaczego nasz dział jeszcze funkcjonował, bo miał zachęcać mężów czytelniczek do kupowania im gazety, ale był przecież Niedzielny Znicz albo Świstoklik do świata sportu, znacznie lepsze dla kogoś, kto interesował się quidditchem).
            Redakcja mieściła się w gmachu w centrum Londynu, z zewnątrz wydającym się być dla mugoli pracującą pełną parą manufakturą, pnącą się w górę niczym winorośl; mieściła się na trzech piętrach, resztę ze wszystkich siedmiu zajmowało Angielskie Towarzystwo Quidditcha i magiczne studio nagraniowe, które wyparło nas z czwartego piętra całkiem niedawno, przez co dział sportowy przeniósł swoją siedzibę na samą górę. Aportowałam się przy bramkach dla pracowników; nie wiem, dlaczego nazywaliśmy to bramkami, bo wcale tego nie przypominały, ale takie określenie funkcjonowało, zanim jeszcze zaczęłam pracować w Czarownicy. W istocie bramkami był krótki rząd ciężkich, mosiężnych stojaków zakończonych czymś w rodzaju pulpitu.
            Podeszłam do jednej z bramek i wyciągnęłam różdżkę. Jej końcówką stuknęłam w owy pulpit, by po chwili uniósł się z niego kłębek dymu układający się w wizerunek sympatycznie wyglądającej pani w średnim wieku, w okularach i gładko zaczesanych do tyłu włosach.
            – Kogo niesie? – wydała z siebie cichy, ale skrzekliwy głos, burząc pierwsze pozytywne wrażenie. Skrzywiłam się lekko; co rano musiałam przechodzić przez ten rytuał.
            – McDolle, dział sportowy – odrzekłam, splatając ręce na piersi. Kobieta uniosła kłębek dymu będący brwiami i spojrzała na mnie sponad swoich okularów.
            – No wiem przecież. Nikt inny się tak nie spóźnia. – Dezaprobata odmalowała się na jej twarzy, a może mi się tylko przywidziało? Trudno było powiedzieć, gdy rozmawiało się z obłokiem pary. Posłałam jej jednak przepraszające spojrzenie.
            – No cóż. Kajam się.
            – Wszyscy tu tak ciężko pracują, a ty nic sobie z tego nie robisz…! Dobra, idź już, ale żeby to był ostatni raz!
            Postać zamigotała na fioletowo, a potem wchłonął ją pulpit. Za bramką z cichym kliknięciem otworzyło się przejście.
            Szybkim krokiem przemierzyłam korytarz dzielący mnie ze staromodną windą oplecioną schodami, obsługującą tylko nasze piętra. Przypominała tę znajdującą się w Ministerstwie Magii, była jednak znacznie ciaśniejsza; tak samo jak tam przestrzeń nad głowami wypełniały jednak zaczarowane samolociki z papieru. O tej godzinie kłębiło się ich tylko kilka, obijając się od ścian i furkocząc cicho. Przycisnęłam guzik i poczekałam, aż drzwi zamkną się z przejmującym zgrzytem, a windę wypełnią dźwięki pseudo relaksacyjnej muzyki sądzącej się z niewidzialnego gramofonu.
            Gdy ponownie rozległ się zgrzyt i winda wypluła mnie na siódmym piętrze, szybko przemierzyłam korytarz, witając się po drodze z redaktorką z sąsiadującego z naszym działu urody. Pchnęłam drzwi do pokoju, w którym pracowałam; był on ciasny i cztery mahoniowe biurka wypełniały jego przestrzeń niemal w całości, w taki sposób, że trudno było się nawet między nimi przecisnąć. Wszystkie były już zajęte.
            – McDolle, stara leserko, jednak jesteś – rzuciła beznamiętnie Hilda Bradshaw, nie podnosząc nawet głowy w moją stronę, wystukując coś na brzęczącej i skowyczącej, ciężkiej maszynie do pisania. Była to starsza ode mnie o zaledwie osiem lat wdowa, której mąż zajmował niegdyś zbyt wysokie i odpowiedzialne stanowisko w Ministerstwie, by przeżyć spokojnie wojnę. Z tego, co powiedziała mi Clarity (wiedząca wszystko o wszystkich pracownikach redakcji), był on torturowany na jej oczach. Tylko dlatego nigdy nie dawałam jej popalić, kiedy była dla mnie niemiła. Była chuda jak szczapa i zupełnie pozbawiona gustu, a jej i tak naturalnie wielkie oczy dominowały na twarzy jeszcze bardziej, powiększone przez okulary grubości den od butelek w bardzo nietwarzowych, grubych brązowych oprawach. Była naszą korektorką.
            – Przecież kocham atmosferę tej pracy – rzuciłam, starając nie brzmieć ironicznie. – Jak mogłabym nie przyjść?
            Nie zdążyłam jeszcze nawet dotknąć swojego biurka, przepychając się za siedzeniem Ernesta Wagleya, kiedy zatrzymał mnie Henry Pearce.
            – Czekaj no, Cecilly, dzisiaj masz misję w terenie – powiedział ze swojego stanowiska. Zaraz po tym rzucił we mnie identyfikatorem dla prasy, nie chcąc wciskać się za Hildę (zresztą ze swoim brzuszkiem piwosza nie miał szans się zmieścić, niby dlaczego był codziennie jako pierwszy w naszym biurze?). Złapałam go w locie i spojrzałam na niego błagalnie.
            – Wyślij Erniego! – spróbowałam. Wagley, zdezorientowany, podniósł głowę, ale z racji tego, że stałam za nim i nie mógł mnie zobaczyć, zrezygnował z prób zorientowania się o co chodzi. Może nawet uznał, że tylko mu się wydawało, że już jestem w pracy. Taki już był Ernie.
            I z racji tego faktu już zanim zobaczyłam minę Henry’ego, wiedziałam, że nici z moich prób. Wagley nie nadawał się zupełnie na pracę w terenie, a Pearce pewnie miał zbyt dużo roboty papierkowej, żeby iść samemu, tak jak zawsze, gdy był zmuszony wysyłać mnie.
            Dobrze wiedział, że wróciłam na boisko quidditcha, chociażby w charakterze widza, tylko i wyłącznie z konieczności. Rozumiał to, a jednak w takich sytuacjach nie dało się go przebłagać. Westchnęłam z rezygnacją.
            – Eskorta czeka na ciebie w recepcji, na samym dole. Poznasz się, który to – dodał.
            Czasy nie były bezpieczne i z racji tego przy każdym takim wyjściu towarzyszył nam auror do ochrony. Nigdy nie słyszałam o czymś głupszym – chyba mieli wystarczająca dużo do roboty z łapaniem śmierciożerców. No dobrze, i tak zawsze na meczach się od nich roiło, bo ataki podczas nich zdarzały się dosyć często, bez ich obecności zapewne nikt nie odważyłby się wejść na boisko, a odwołanie rozgrywek byłoby ostatecznym dowodem na to, że Ministerstwo sobie nie radzi, na co nie mogło pozwolić. Mimo wszystko wolałam iść bez ochroniarza – nigdy nie ułatwiał mi napisania dobrego artykułu i walki z samą sobą, by pozostać na trybunach do końca meczu.
            Kiwnęłam głową i z kolejnym przeciągłym westchnieniem wyszłam z pokoju. Znów przemierzyłam drogę do bramek, później do ogólnodostępnej windy. Obiecałam sobie, że zmienię pracę. To kosztowało mnie zbyt wiele nerwów.
            Gdy wreszcie wysiadłam na parterze, witając się ze spieszącą się Denise O’Fineley, podwładną Clarity, rozejrzałam się po rozległym holu, szukając wzrokiem mojej eskorty. Podobno miał się rzucać w oczy; właściwie aurorzy prawie zawsze rzucali się w oczy, wyglądali prawie tak samo, a przynajmniej zawsze mieli taki sam wyraz twarzy – zdeterminowany, skupiony i w większości przypadków też pewny siebie.
            W końcu natrafiłam twarz wyrażającą dokładnie te rzeczy. I wcale się z tego nie ucieszyłam. Była zbyt znajoma.
            Jeszcze mnie nie dostrzegł, a mi wcale się nie spieszyło w jego stronę. Szłam powoli, przyglądając mu się z daleka. Zmienił się bardzo, odkąd widzieliśmy się ostatnim razem.
            Był nieogolony i wyraźnie zmęczony, cienie rysowały się pod jego oczami, jakby nie spał kilka nocy z rzędu. Wydawał się jednak starać nie okazywać zmęczenia czy też słabości. Stał jak zwykle wyprostowany, pełen elegancji, chociaż do wypucowanych arystokratów było mu w tym momencie dalej niż kiedykolwiek.
            W końcu mnie dostrzegł, kiedy znajdowałam się w połowie drogi w jego stronę. Mogłabym przysiąc, że uśmiechnął się lekko na mój widok, ale może to było tylko złudzenie, napędzane moją chorą podświadomością, podekscytowaną tym niespodziewanym spotkaniem.
            – Kopę lat – przywitał mnie, pokonując dzielące nas kilka kroków, umieszczając ręce w kieszeniach skórzanej kurtki, bliźniaczo podobnej do mojej własnej. Nie powstrzymałam lekkiego uśmiechu na jej widok.
            – Tak – rzuciłam, nie wiedząc właściwie, co mogłabym powiedzieć. Nie potraktowałam go zbyt przyjemnie przy naszym ostatnim spotkaniu. – Kopę lat.
            Przez chwilę – trochę dłuższą, niż powinna być – po prostu się sobie przyglądaliśmy, jak zwykłą dwójka ludzi, która nie widziała się bardzo długo i zmieniła znacząco od tego czasu. Nic nie kryło się za tymi oględzinami. Zwykłą ciekawość. A jednak trwały trochę za długo.
            – Za trzy minuty mamy świstoklik – powiedział w końcu. Zdążyłam dojść do wniosku, że z bliska wygląda na jeszcze bardziej wyczerpanego.
            Biorąc pod uwagę ostatnie plotki o Potterach, nie było to niczym dziwnym. Ale jednak nie spodziewałam się ujrzeć Syriusza Blacka w takim stanie.
            Tak podobnym do mojego.

13.02.2017

A może by tak?

Statystyka

Obserwatorzy